
Konflikt jako przepustka do dojrzałości i wolności. Film Lilji Ingolfsdottir „Być kochaną” traktujący o relacji Marii i Sigmunda – to film, który szczerze rekomenduję, szczególnie do obejrzenia w parze. Przełom roku to dobry czas, by świadomie i odważnie spojrzeć sobie w oczy. By chcieć siebie odnaleźć prawdziwym w sobie samym – i w oczach bliskiej osoby. Najchętniej jak to mówią neuropsycholodzy patrzeć w oczy ponad 20 sekund, by oksytocyna – hormon przywiązania zrobił swoją robotę☺️. Zbliżenia kamery i odwaga patrzenia w oczy są mocnym atutem tego filmu.”Być kochaną” to wiarygodne, psychologiczne studium partnerskiej koluzji. Studium trudnej relacji osób ze stylem przywiązania ambiwalentno-lękowym (Maria) i unikowym (Sigmund). Osoby, które nie miały szczęścia i w swych historiach z dzieciństwa doświadczyli zmienności emocjonalnej od opiekunów; doświadczali ich jako opuszczających lub tracących zainteresowanie. Albo byli opuszczani, gdy jako dzieci potrzebowali indywiduacji, szczególnej uwagi, odzwierciedlania, towarzyszenia i przyjemności spędzania wspólnego czasu. Zamiast tego opiekunowie skupieni byli na sobie, wymagali bycia twardymi lub byli nagle opuszczająco-karzący jak z eksperymentu „kamienna twarz”. Ci szczególnie odnajdą w Marii kawałki swojego dzieciństwa i zrozumieją głębiej powagę i miłosną odwagę ich desperacji. Desperacji a nawet zawziętości w dosięganiu uwagi partnera i konieczności wyjaśnienia na pniu nadwątlonej więzi. To ci, którym czasem w historii życia udawało się swą zawziętością, desperacją i determinacją, często także swym protestem – przywołać opiekuna do bliższego kontaktu. Ci jednak w dorosłym życiu niestety nie mają dobrego PR: („nie radzisz sobie z agresją”, „ powinnaś się leczyć”).Co innego ze strony społeczności słyszą ci ze stylem przywiązania o charakterze unikowym. Odcięci od złości, z wypartymi impulsami, spokojni w swym emocjonalnym poddaniu się. Nawet z cieniem postawy bycia ponad. Osobom z unikowym stylem przywiązania łatwo jest przypisać wyższe społeczne i emocjonalne „kompetencje” – widzimy je często jako profesjonalne, stonowane, unikające krzyku, nie uznające przekleństw czy rozładowywania impulsów wściekłości. W pracy czy pośród znajomych osoby takie są zwykle postrzegane jako ludzie otwarci, towarzyscy i optymistyczni w szukaniu rozwiązań. Niewielu z nas przyjdzie na myśl, że pod tą miłą i stonowaną fasadą kryje się samotność i ogrom wypartej wściekłości. Osoby z unikowym stylem przywiązania pomimo ich dziecięcych starań i nawoływań do kontaktu – zostały w odpowiedzi z „kamienną twarzą”opiekuna. Z milczeniem lub karą za jakikolwiek przejaw odwagi protestu lub domagania się uwagi. Nauczyli się, że aby przetrwać muszą na zawsze zapamiętać, że: „nie mogę protestować ani się domagać”. „Tylko w ten sposób, tylko tak przetrwam: unikając bycia zależnym od proszenia i ryzyka ukarania pominięciem, upokorzeniem czy ośmieszeniem. Osoby te utykają w rezygnacji i zaprzeczeniu potrzebie więzi. „Mam zawsze pamiętać i nigdy nie zapomnieć, że tak naprawdę nie byłem, nie jestem i nie będę ważny w tym czego potrzebuję, czego chcę lub nie chcę – nikt i tak nie zwróci na mnie uwagi. Nauczę się zatem „nie potrzebować”. To pewnie historia partnera Marii z unikowym stylem przywiązania. Żywy przykład identyfikacji projekcyjnej wobec partnerki, pojawiający się w sposób nieoczywisty jak z nikąd. Jesteśmy świadkami jak nagle i nieprzewidywalnie pełen głębi, dojrzałości i cementującej go namiętności ugruntowany związek dwojga ludzi po przejściach – sypie się – z byle powodu/ nieporozumienia – jak domek z kart. Bynajmniej nie z powodu rutyny i zmęczenia patchworkową rodziną… To wynik nieświadomej koluzji w parze. Gdy jedna osoba domaga się i napiera z determinacją. Bo chce by dokończyć odbudowę nadwątlonej kryzysem relacji. Bo ona przecież nie chce cichego dnia, nie chce rozstawać się w konflikcie, chce rozmawiać do skutku, sama będąc pod wpływem narastającego silnego lęku separacyjnego. Tu widzom wchodzi powierzchownie ta słynna sentencja o pokochaniu siebie najpierw… A tak naprawdę istotą jest zabliźnienie separacyjnej starej rany. A czasem zaakceptowanie, że czekanie na to by ktoś uznał moją wartość i mnie pokochał – to toksyczna iluzja.. To próba leczenia pierwotnej rany z osobą, która jej nie zadała. Widzimy jak ta determinacja w dosięgnięciu zamrożonego serca uruchamia w partnerze Marii wycofanie się, karanie dystansem i biernością… A ta kamienna twarz jest przecież dla osoby „napierającej” oliwą dolaną do ognia – odtrąceniem w sytuacji kiedy ona próbuje z dobrą intencją być tylko zobaczoną.. Z całym swym wewnętrznym konfliktem, czasem zaniedbaniem własnych spraw, nie dowiezieniem przy swoich wygórowanych oczekiwaniach i byciu twardą… Błędne koło wielu związków. Tak dobrze nam znane z terapii par.. Widzimy też jak rozwijająca się zdrowa wolność i niezależność Marii w kontakcie z terapeutką, na równi z uczeniem się zdrowej zależności (piękna i poruszająca scena), oraz kontakt z bolesnymi uczuciami – w miejsce wcześniejszych obron i lęku – otwiera w partnerze Marii jego część i jego prawdę o sobie samym…Poza tym dialogi w filmie to piękne studium psychologiczne ilustrujące jak w metodologii ISTDP rozumiemy np.. „wyzłaszczenie się” (mylone często z asertywnym stawianiem granic). Gdzie nieświadome autodestrukcyjne wyśrubowane wymagania wobec siebie i innych – w istocie są jedynie obronną przesłoną do współczucia i smutku nad niezdrową identyfikacją… Jak niekontrolowany afekt bywa jednocześnie nieświadomą niezdrową winą i karą, a w koluzji pary zaproszeniem drugiego do „ukarz mnie”…. By utknąć w relacji z projekcyjnym „przedłużeniem pierwotnego obiektu”…lub odejść…i odtworzyć cały cykl w kolejnym związku.
Żródło : Facebook, Elżbieta Brodowska